Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 sierpnia 2014

Chciałam wrócić do dzieciństwa

... w znaczeniu literackim. Od podstawówki do końca gimnazjum pochłaniałam książki przygodowe niczym gąbka wodę. Tygodniowo mogłam i pięć książek łyknąć! ;) W szkole podstawowej miałam nawet dwie karty, bo już się daty wypożyczeń nie mieściły (tak, tak, to był jeszcze system "analogowy"- wielkie biurko z mnóstwem przegródek ;) ).

Sięgnęłam po Księcia Mgły C. R. Zafona. Koleżanka poleciła mi go, więc żeby coś to moje czytelnictwo poratować, spędziłam nad tym tytułem część soboty i niedzieli. Warto. W sumie, nastawiałam się na powieść, czyli jak mówi definicja- coś wielowątkowego, zastałam jednak po prostu długie opowiadanie. Mimo to nie poczułam się zawiedziona. Lekko się przyswaja. Podczas czytania Księcia czułam, że to książka dla dzieci. Nie tylko małych.


źródło  
PS  Szukając okładki, natrafiłam na informację, że jest to pierwszy tom sagi. Zobaczę, czy pozostałe tytuły też są warte uwagi.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Kontrasty (1)

Ostatnio mam wiele myśli na raz w głowie i ciężko jest mi je przekuć na jakiś sensowny post. Postanowiłam więc stworzyć kategorię "kontrasty". W tych notkach będzie kilka luźnych refleksji, często niepowiązanych.
***

Czytam właśnie Poza horyzonty Jaśka Meli. Kto o nim nie słyszał, niech się wstydzi (i zajrzy, na przykład tu). Treści tym razem nie przedstawię, ale jeżeli ktoś jest na etapie "mam pod górkę, nic mi nie idzie, a życie jest długie, szare i po nic", to niech po nią sięgnie. Zmienia się punkt widzenia diametralnie.

***
Lubiłam swoje osiedle. (Spokojnie, blisko centrum, ale bez afer, bo praktycznie sami emeryci tu mieszkają.) Dopóki się nie przeprowadziłam na studia do Sosnowca. Teraz, gdy mam tutaj znowu mieszkać, cieszę się, ale... Wybrałam się dziś po zakupy do warzywniaka. Przede mną trzyosobowa kolejka. Emeryci. Zanim jeszcze tam stanęłam, nakładałam pomidory przed sklepem do siatki. Starsza pani koło mnie też wybierała limę i mówiła do pracownika:
- Proszę pana, dlaczego te pomidory są takie zimne?
- Bo były w chłodni.
- Ale dlaczego wkładaliście je do chłodni?
- Żeby się je lepiej przechowywało.
- Ale...- i tu zaczyna się monolog owej pani, krytykujący wszystko i wszystkich, a już pomidory z chłodni w szczególności.

Wchodzę do środka. Przede mną wspomniana kolejka. Klientka przy kasie długo wybiera drogie dość owoce (nektarynki, banany itp.). Płaci wreszcie, komentując usłyszaną kwotę (ponad trzydzieści złotych) :ja tyle na mięso, co u was nie wydaję (cytat dosłowny). Zbiera się do wyjścia, kiedy do środka wchodzi jakaś kobieta:
-Sąsiadko! Kupcie mi jeszcze pół kilo białej fasolki
- Eee, no dobrze. Pani nakłada.
Pani nakłada i mówi kwotę, kiedy nabywczyni fasolki orientuje się, że po prostu wcięła się w kolejkę (która, notabene, przestała się już mieścić w budce, czyli jakieś 8-10 osób)
- Ojejku, bardzo państwa przepraszam, ja myślałam że jeszcze nie zapłaciłaś (to do pani od owoców). To wygląda jakbym bez kolejki kupowała, ojej, przepraszam państwa..- i tak jeszcze dobrą chwilę, w międzyczasie wymieniając uwagi z sąsiadką. A kolejka stoi i ćwiczy cierpliwość... Aha, pani od owoców bardzo długo zastanawiała się i wypytywała sprzedawczynie: dlaczego te maliny są takie ciemne?

Ech, no właśnie- emeryci. Kiedy mieszkałam w Sosnowcu, przebywałam z ludźmi w moim wieku, a w okolicy mojego mieszkania przeważali ludzie pracujący z dziećmi w wieku szkolnym. We Wrocławiu od razu dostrzegłam tę różnicę- kiedy w każdym miejscu "publicznym"- mam na myśli sklepy, przychodnie itp.- widzę mnóstwo osób starszych, często narzekających jak powyżej, tracę energię do życia. Zaczynam się czuć tak, jakbym miała te 60+, a nie 20 lat.

Nie chcę tutaj kwestionować mądrości i innych walorów, które płyną z przebywania z osobami starszymi. Jestem o tyle szczęśliwa, że wciąż posiadam dziadków z obu stron i babcię. Staram się to doceniać (chociaż nie łatwo mi to przychodzi). Jednak wolałabym, żeby średnia wieku na moim osiedlu była nieco niższa...

Niewykluczone też, że zmienię zdanie, kiedy zacznie się rok akademicki i powroty na moje emeryckie osiedle będą dla mnie wielką przyjemnością, po całym dniu spędzonym w hałasie i pędzie.

***

Powyższe historie, w kontekście Jaśka Meli dają mi do myślenia. No i kontrastują ;)

czwartek, 7 sierpnia 2014

Nie tylko dla biegających

... a może właśnie dla niebiegających?

Na swoje urodziny (które obchodzę w lipcu) dostałam książkę Christophera McDougalla pt. Urodzeni biegacze. Przyjrzałam się pozycji z rezerwą- darczyńcą był wszak mój ojciec chrzestny, kilkuletni miłośnik biegania (szykuje się w tym roku do maratonu). Dobrze, wiem, że uwielbiasz ten sport i za to Cię bardzo szanuję, ale żeby dla mnie?
Wiedział doskonale, że co jak co, ale biegać to ja nigdy nie umiałam i nie umiem. Czy się nauczę? nie wiem. Próbowałam kilkanaście razy- nic z tego. Jakiekolwiek sprawdziany lekkoatletyczne, którymi męczyli mnie na wuefie, zaliczałam z przymrużeniem oka nauczycieli (między 2 a 3-). A moje rodzina, zwłaszcza dziadkowie z obu stron, byli wysportowani. Widać mnie w puli genów tego typu umiejętności nie przypadły.

Mała dygresja: nie wiem, jak to się dzieje, ale chodzić mogę bez przerwy. I po płaskim, i po górzystym terenie. Ostatnio nawet urządzam sobie dwudziestokilometrowe marsze. Lubię, zawsze lubiłam i mam nadzieję, że wciąż będę to lubić. Bieganie niestety znajduje się na przeciwnym biegunie.

Wzięłam jednak tę książkę na wyjazd ( z którego relacja tutaj) z myślą, że pobieżnie ją przekartkuję,
Nic bardziej mylnego! Autorem jest dziennikarz "ekstremalny"- współpracował z różnymi magazynami, testując dość niecodzienne i ryzykowne sposoby spędzania czasu wolnego. Był także korespondentem wojennym. Styl tej publikacji zahacza dość mocno o reportaż- nawet nie zorientowałam się, kiedy moje oczy pochłonęły ponad sto stron! Bardzo dobrze się ją czyta, uważam, że tłumacze dobrze wykonali swoją pracę.

Może teraz troszkę treści: owi urodzeni biegacze to Indianie Trahumara (nieme "h"), zamieszkujący niezwykle surowe, trudnodostępne rejony Miedzianego Kanionu w Meksyku. Główny bohater poszukuje ich w poszukiwaniu odpowiedzi na trapiące go wątpliwości związane z częstymi kontuzjami. Okazuje się, że ci ludzie biegają w obuwiu, które zupełnie nie przypomina znanych wszystkim biegaczom dobrze amortyzowanych adidasów. Uprawiają ten sport prawie "na bosaka". Każdego dnia pokonują sto kilkadziesiąt kilometrów oraz przewyższenia zbliżone do kilometra  w poszukiwaniu pożywienia lub innych niezbędnych towarów (choć żyją bardzo skromnie). No, i jak na Indian (znanych mi tylko z kreskówek i bajek) prowadzą bardzo pokojową politykę.

McDougall zgłębia tajniki życia Trahumara oraz sekrety ich biegów. Na koniec bierze wraz z nimi i kilkoma innymi biegaczami startują w wielkim wyścigu, liczącym około stu sześćdziesięciu kilometrów (w górach). Próbuje odpowiedzieć też na pytanie: po co właściwie biegamy?


Czytając tę książkę, miałam cały czas oczy szeroko otwarte ze zdumienia i podziwu dla wszystkich bohaterów-biegaczy. Aż sama zapragnęłam spróbować tego sportu po raz 1452365214785. Jednak póki co, staram się bardziej motywować do moich chodów. A wszystkim miłośnikom sportu, reportażu i innych kultur serdecznie polecam tę książkę :)

źródło zdjęcia