Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrasty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrasty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Czasami

Czasami mam wrażenie, że moje życie to jeden wielki kołowrotek- ledwo zorientuję się, że jestem na szczycie, już ląduję głową w dół.
Czasami czuję się bardzo samotna. Czasami aż nad wyraz rozchwytywana. Bez złotego środka.

Nigdy nie wiem, co przyniesie jutro. Dziś- kłótnia z mamą aż nazbyt mocno zaważyła na moim funkcjonowaniu. Może ja jestem przewrażliwiona, a może naprawdę sposób przekazywania komunikatu ma kolosalne znaczenie w relacjach międzyludzkich.

W czwartek pierwszy egzamin. Kolejne 28 i 30 stycznia. Byle przeżyć.

wtorek, 18 listopada 2014

Czasami

Czasami jedno, niezbyt długie spotkanie (jak na czas niewidzenia się) może bardzo mocno ubarwić spojrzenie na świat.

Czasem jedna myśl, mimochodem usłyszana na przydługawym (choć nawet porywającym) kazaniu, potrafi wskazać drogę, alternatywę dla ciągłej stagnacji i narzekania.


Trochę górnolotne wyszły mi te zdania, ale naprawdę ostatnio czegoś takiego się uczę. Życie życiem, zawsze jakaś kłoda pod nogami się trafi. Ostatnio trzy razy pisałam kolokwium, żeby dopiero za tym ostatnim z łaską otrzymać 3. Ale zdałam, co nie wszystkim się udało. A za każdym razem pisałam wszystko zgodnie z książką. Na jedno kolokwium uczyłam się nie z tego, co trzeba, ale na szczęście zdałam- i to jest najważniejsze.

Brakuje mi słońca. Ale cieszę się z tych mglistych, tajemniczych, trochę nostalgicznych poranków. Chłodu może jeszcze dużego nie ma (bo Dolny Śląsk jest prawie najcieplejszym miejscem w Polsce). Nie obraziłabym się jednak, gdyby temperatura spadła o kilka stopni. Nawiasem mówiąc- nie pamiętam kiedy ostatni raz zdarzyło się, żebym jeszcze około 5-6 listopada jeździła na rowerze, i to w kamizelce, a nie poubierana jak na zimę.

Jest tyle małych rzeczy, którymi można /trzeba warto się cieszyć...

wtorek, 11 listopada 2014

Jesienne zdjęcia i refleksje

Od planowania do realizacji jeszcze długa droga przede mną. Właśnie wróciłam z pięknego miejsca niedaleko Leszna. Spałam sobie w osiemnastowiecznym dworku, chodziłam po lesie i parku... Chętnie zostałabym tam jeszcze kilka dni, ale niestety- studia wzywają.

Kiedy oglądałam pochód konny przez kilka wsi- ludzie poprzebierani za Piłsudskich, Pendereckich i inne ważne postaci- naszło mnie jakieś wzruszenie. Tym ludziom CHCIAŁO SIĘ zrobić coś takiego, nikt im nie kazał. To nie była ich praca, urząd, interesy polityczne itp. Dobrze się przy tym bawili, nikt ich do tego nie zmuszał.W dzisiejszych czasach jest to coraz rzadsze... Ludzie z wiosek wychodzili im naprzeciw, machali, cieszyli się... To było piękne. I jest piękne, że ta tradycja będzie kultywowana.

Mile zaskoczył mnie fakt, że pociąg powrotny nie miał w zasadzie ani minuty spóźnienia :). A nasza jesień tegoroczna- to mi dopiero zaskoczenie! Tyle ciepła, tyle kolorów... Poniżej zdjęcia z pierwszego listopada na Ślęży. Dzisiaj barwy są bardzo podobne, a może nawet piękniejsze... Patrzę i patrzę i się nazachwycać nie mogę....

poniedziałek, 29 września 2014

Przyzwyczajenia

Odkąd wróciłam z Tatr, czuję się uspokojona, wyciszona. Pogodzona z tym, co ma nadejść. Zaczęłam nawet lepiej sypiać :) Jednak od kilku dni coraz dotkliwiej czuję brak światła. Powtarzam sobie ciągle: muszę się przyzwyczaić, to kwestia przestawienia. A może lepiej nie zwracać na to uwagi?

Czas przywyknąć do wstawania "za ciemności", przesiadywania najpiękniejszych momentów jesieni w zamkniętych pomieszczeniach, oby niezbyt dusznych. Wracania po zmroku, z duszą na ramieniu, bo każdy cień to potencjalny wróg, obcy, który chce zrobić krzywdę. 

Ale jest też coś, co w tym wszystkim lubię: wracam do rutyny. Do stałych, regularnych czynności. Niesamowicie mnie to uspokaja, daje siłę i odwagę, aby żyć i działać. Przyznam szczerze, że podczas wakacji nieco mi tego brakowało. Oczywiście, wyjazdy, różne działania, które podejmowałam w tamtym czasie, były przyjemne i zapewne miały też jakąś swoją głębszą rolę.

Ja jednak lubię ten czas, kiedy już w miarę oswoję się z planem studiów, wdrożę wszystkie zajęcia dodatkowe i spędzę najbliższe tygodnie w podobny sposób. Ten wypracowany rytm daje mi spory komfort.
No właśnie... Komfort. W związku z tymczasowym uspokojeniem, nabraniem dystansu i względnie dobrą sytuacją rodzinną, czuję się komfortowo. I zaczynam się zastanawiać: czy to jest dobre? Czy ja mam w ogóle do tego prawo? A co, jeśli się do tego komfortu przyzwyczaję?

Momentami aż trudno mi uwierzyć, że dokładnie dwa tygodnie temu, z duszą na ramieniu pokonywałam Orlą Perć, cieszyłam się, że wychodzę ze strefy komfortu. Przez pewien czas myślałam też- dałam radę na Orlej, to i tu dam radę. Teraz jednak pamięć o tym dokonaniu trochę mi się zatarła, widzę, że czasem do furii doprowadzają mnie naprawdę błahe sprawy. Oczywiście, jedna Orla nie zapewni mi radykalnych zmian w myśleniu (przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni ;) ). Jednak... zaskoczyło mnie to, jak łatwo mi się przestawić na wygodnicką postawę.

Bardzo nie chciałabym przyzwyczaić się do komfortu.

Czasami jednak, kiedy obserwuję obcych mi ludzi, widzę ich zachowanie, wzburzenie z byle powodu, zastanawiam się: czy nie jestem dla siebie zbyt surowa? Po chwili dochodzę jednak do wniosku, że każdy ma własne wymagania, pod siebie "skrojone". Owszem, jestem ambitna; pewnie gdybym miała tej cechy trochę mniej, byłoby mi łatwiej. Ale chyba tylko pozornie. Taki mam charakter, a jeśli robiłabym coś niezgodnie z charakterem, czułabym się z tym dużo gorzej (nawet, jeśli kosztowałoby mnie to mniej nerwów).

Czytam tak teraz te swoje wypociny i zastanawiam się, czy ktoś to w ogóle zrozumie. Myślę, że jednak je opublikuję. W końcu taka prawda historyczna, jak mawia moja mama ;)

Jeżeli ktoś tutaj czasem zagląda, (Czerwona, pamiętam i dziękuję za odwiedziny ;) ), to życzę mu dobrej, ciepłej (chociaż wewnętrznie) jesieni.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Studia w Sosnowcu to już przeszłość! :)

Nie płacz
w liście nie pisz
że los ciebie dotknął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka
to otwiera okno *

Odetchnęłam z ulgą:


Kilka słów wyjaśnienia:

Jestem studentką, w październiku zacznę drugi rok studiów. Los tak chciał, że na pierwszy rok posłał mnie na studia nie od rodzinnego Wrocławia, ale do Sosnowca. Początkowo byłam załamana i przerażona. Pomyślałam jednak, że po pierwszym roku spróbuję się przenieść. A jeśli nie- cóż, mam autostradę A4, więc te prawe 250 km to nie będzie wielka rzecz do pokonania. Zawsze też brałam pod uwagę rzucenie tych studiów, tak z dnia na dzień. Tego typu myśli miałam wcale niemało, ale z Bożą pomocą udało mi się wytrwać.

Niedawno dowiedziałam się, że zostałam przeniesiona na drugi rok moich studiów do ukochanego Wrocławia :D

Kiedy przyjechałam szukać pokoju do wynajęcia, ujrzałam szare, bure miasto górnicze. Każde większe skrzyżowanie to rondo z torami tramwajowymi przez środek. Bez sygnalizacji świetlnej- istne cudo, zwłaszcza dla kierowcy (ja) z rocznym stażem (jeżdżenie prawie zawsze tymi samymi trasami we Wrocławiu). Udało mi się prawie dojechać do Łodzi, zanim trafiłam do Sosnowca :)

Po obejrzeniu trzech pokoi wiedziałam już, gdzie zamieszkam. Pokój dwuosobowy, na razie współlokatorki nie miałam. Pokój był jednym z trzech wynajmowanych na całym piętrze domu jednorodzinnego. Plus kuchnia, ubikacja i łazienka. W sumie- takie studenckie mieszkanie. Pod nami mieszkała właścicielka (nazywana przez nas Babcią). Wejścia mieliśmy osobne.
Nie powiem, mieszkało się naprawdę dobrze. Wszyscy współlokatorzy nieimprezowi, raczej spokojni. Zdarzały się małe spięcia, ale naprawdę nie mam na co narzekać :)

Kiedy pod koniec września się wprowadzałam, była piękna pogoda. Złota, polska jesień, z temperaturą pasującą do spokojnego lata. Odwiozła mnie mama, z całą masą tobołów. Okazało się wtedy, że mam już współlokatorkę. Z Krakowa. Babcia myślała, że to z mojego kierunku. Okazało się, że nie, ale też na pierwszy rok szła.
Pierwsze starcie z M. było całkiem sympatyczne, ale pod koniec okazało się, że ona pali. I chce to robić w pokoju. Ja nie paliłam i nie palę, zasadniczo jestem wrogo nastawiona do palenia w pomieszczeniach, nawet z otwartym oknem. Na szczęście potem M. wychodziła palić poza dom.

30 września była immatrykulacja. Dla mnie około 12, dla M. o 10. Pamiętam, że ze stresu uwierzyłam M., że wszyscy mają na 10. Wskutek czego składałam ślubowanie (czy jak to się tam nazywa) dwa razy.

1 października był również bardzo interesujący. Sprawdziłam sobie dokładnie, gdzie i którym tramwajem powinnam pojechać na uczelnię. Z jakiego przystanku i o której. Wyszłam rano, specjalnie z małym zapasem czasu, w razie wu. No i okazało się, że mój tramwaj nie przyjedzie, bo się rozkraczył. Mają przyjechać autobusy zastępcze. Kiedy? Nie wiadomo...

Czując lekką panikę, wsiadłam do pierwszego autobusu, jaki podjechał na przystanek i zapytałam kierowcy, jak dojechać tam a tam. Coś tam podpowiedział, wysadził w centrum. Pytałam to ludzi, to kierowców autobusów. Koniec końców wysiałam koło uczelni. Spóźniona o kwadrans. Akurat tyle, żeby dobiec do sali i zobaczyć swoich wychodzących z zajęć organizacyjnych z jakże ciekawego przedmiotu pt. higiena i epidemiologia. Cóż, tak to bywa. Dodam jeszcze, że nie przeczytałam ze zrozumieniem instrukcji na bilecie, i zamiast kupić jeden i korzystać z niego przez godzinę, za każdym razem kupowałam nowy godzinny. Podobno jestem brunetką ;)

Kolejne dni to było oswajanie się z paszczą lwa, do której zostaliśmy wpuszczeni. Wiele moich koleżanek (oraz nieliczni koledzy- tych było jak na lekarstwo) wybrali analitykę medyczną jako studia na przezimowanie. Zamierzali poprawiać matury i iść na lekarski, dentystyczny itp.

Okazało, się, że różowo nie będzie. Plan, zarówno w zimowym jak letnim semestrze, dawał w kość. Około 30godzin (zegarowych!) w tygodniu plus czas na dojazdy... Są cztery różne budynki w trzech osobnych miejscach. Komunikacja miejska to jakiś koszmar- dwa tramwaje, z czego ten sensowniejszy co 20minut w porywach...
No i kolosy. Czyli kolokwia, koła, jak kto woli. 5-8 tygodniowo! I tak do sesji. W większości to pamięciówka- zakuć, zadać i ponownie zakuć na sesji.

Malutką zaletą był fakt, że dużo przedmiotów kończyła się szybciej niż z końcem semestru. Czyli było jak nauczyć się do sesji. O ile umysł był jako tako przyzwyczajony do gromadzenia tylu informacji.
Ponoć taki system miał nam ułatwić naukę do sesji. Ja mocno w to wątpię. Nie potrafiłam uczyć się na kolosy inaczej, jak tylko poprzez pamięć tzw. krótkotrwałą. Ta "głębsza" była dość oporna ;) 




Było mnóstwo chwil samotności. Nieświadomej, bardzo bolesnej. O chwilach, kiedy dzwoniłam do mamy na pocieszenie a słyszałam ją w stanie nietrzeźwym nie wspomnę. Miasto jest szare, bure i niebezpieczne. M.- moja współlokatorka znalazła w Sosnowcu miłość życia i ciągle jej nie było. Inni siedzieli u siebie i zakuwali. Rzadko kiedy udawało nam się rozmawiać, zwłaszcza jedna koleżanka była nadambitna- zdarzało się, że całą dobę nic nie jadła, popijała energetyki; sporadycznie przemykała się do toalety.
Jedyne, co mi tam odpowiadało, to ceny karnetów fitness. Na tle Wrocławia- taniutko. (Chociaż ja u siebie na osiedlu fitness mam za darmo, więc...ale tak się pocieszałam.)

Jeżeli wbłądzą tu jacyś przyszli studenci ŚUMu, lojalnie ostrzegam- nie za bardzo jest czas na imprezy. No i w Sosnowcu jest jeden jedyny studencki klub w akademikach. W weekendy przychodzą "starsi panowie"- poderwać młode dziewczyny. W tygodniu, tzn. w czwartki będziecie mieć pewnie tyle zajęć, albo jakiegoś kolosa na piątek, że nie będzie za bardzo jak. Ja imprezowa za bardzo nie jestem, ale..;)

Ludzie: przyznam, że trafiłam do bardzo fajnej grupy. Na luzie wszyscy, każdy się dzielił tym, co miał. Czytaj: pytaniami  z poprzednich lat, bo bez nich w zasadzie ani rusz... Niestety, większość była zamiejscowa, więc nie za bardzo udało mi się nawiązać dłuższe znajomości.



Semestr letni wspominam jak rollercoaster: wstawałam między 4 a 5.30, żeby uczyć się na dziś na kolosa. Co prawda, nie wysiadywałam za bardzo po nocach, bo jestem rannym ptaszkiem, ale i tak czułam się non stop zakręcona. Często w piątki, po godzinie 12, już po zajęciach, byłam taka wymęczona, że myślałam, że już 17 jest.

Takie to były perypetie eks-studentki sosnowieckiej.  Gratuluję wszystkim, którzy tutaj dotarli :). W związku z bogatym repertuarem pt. studia w Sosnowcu, przewiduję jeszcze jeden post co najmniej. Mam nadzieję, że już nieco krótszy i lżejszy...


Największym, niewątpliwym plusem tej sytuacji był fakt, że moja mama, dziś trzeźwa alkoholiczka, osiągnęła beze mnie własne dno, od którego, z pomocą swoich koleżanek, udało jej się odbić. Jestem przekonana, że gdyby nie moja ciągła nieobecność w domu, jej choroba trwałaby dalej. Z tego powodu wspominam też ten czas, zwłaszcza wiosnę tego roku, jako jeden z najtrudniejszych w moim życiu.

Na zakończenie, może do zadumy na dzisiejszą niedzielę...? Cały wiersz, którego fragment na początku posta:



Kiedy mówisz

Nie płacz
w liście nie pisz
że los ciebie dotknął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka
to otwiera okno

odetchnij
popatrz
spadają z obłoków
małe-wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia

a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij że jesteś
gdy mówisz że kochasz 

ks. Jan Twardowski*



*źródło

środa, 13 sierpnia 2014

Kontrasty (2)

Dziś po raz pierwszy pracowałam w galerii handlowej na promocji, jako hostessa. Wcześniej wykonywałam już ten typ pracy, ale zawsze w jakiś normalnych, wolnostojących sklepach.

Drogeria, do której mnie wysłano, miała długie i wąskie alejki. A ja spacerowałam (trzy kroki w prawo i trzy kroki w lewo) wzdłuż "mojej" półki- z kosmetykami, które reklamowałam. Dobrze, że mogłam chodzić, nie wytrzymałabym stania w miejscu przez sześć godzin...

Nigdy nie przepadałam za galeriami handlowymi. Teraz już wiem chyba, dlaczego. Tutaj zawsze jest dzień. Jasno zapalone światła, wypolerowane szyby. W kółko leci muzyka, w dodatku stereo- tę z korytarza przebija ta drogeryjna.

Uśmiech przyklejony do twarzy, kilkadziesiąt stron prezentacji wkute na pamięć. Nie wiadomo, kto jest tajemniczym klientem, czy ktoś z firmy nas nie obserwuje. Około dziesięciu kamer w sklepie sprawdza moją uczciwość.

Ruchu dużego nie było, nie narzekam. I podziwiam etatowe pracowniczki- mają wyćwiczone uśmiechy, życzliwość, cierpliwość i "maski" wypracowane do perfekcji.

***
Miałam też jedno zabawne zdarzenie. Koło mojej półki przechodziła dziewczyna ze swoim chłopakiem. Najpierw "na odległość", potem oglądali produkty z kategorii tych, które reklamuję, więc zaczęłam swoją tyradę: Dzień dobry, chciałabym przedstawić państwu nową linię kosmetyków... i tak dalej. Ich rozbawienie rosło z chwili na chwilę. W końcu przerwałam i spojrzałam na nich pytająco. A chłopak: Przepraszam, czy wie pani, czy jeśli żel pod prysznic pachnie jak kisiel, to jest dobrze?
Zbaraniałam. Chcąc wyjść z tego obronną ręką, powiedziałam: yyy... To zależy jaki efekt chciał osiągnąć producent..
Na to dziewczyna: Ee, to nie o to chodziło. Bo wie pani...- urwała i zaczęła się śmiać. Na to jej chłopak przerwał: Nieważne. Chodźmy już. Do widzenia i miłego dnia życzę.
I poszli sobie, wyraźnie rozbawieni. Dodam, że nie reklamowałam żadnych artykułów do kąpieli...;)

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Kontrasty (1)

Ostatnio mam wiele myśli na raz w głowie i ciężko jest mi je przekuć na jakiś sensowny post. Postanowiłam więc stworzyć kategorię "kontrasty". W tych notkach będzie kilka luźnych refleksji, często niepowiązanych.
***

Czytam właśnie Poza horyzonty Jaśka Meli. Kto o nim nie słyszał, niech się wstydzi (i zajrzy, na przykład tu). Treści tym razem nie przedstawię, ale jeżeli ktoś jest na etapie "mam pod górkę, nic mi nie idzie, a życie jest długie, szare i po nic", to niech po nią sięgnie. Zmienia się punkt widzenia diametralnie.

***
Lubiłam swoje osiedle. (Spokojnie, blisko centrum, ale bez afer, bo praktycznie sami emeryci tu mieszkają.) Dopóki się nie przeprowadziłam na studia do Sosnowca. Teraz, gdy mam tutaj znowu mieszkać, cieszę się, ale... Wybrałam się dziś po zakupy do warzywniaka. Przede mną trzyosobowa kolejka. Emeryci. Zanim jeszcze tam stanęłam, nakładałam pomidory przed sklepem do siatki. Starsza pani koło mnie też wybierała limę i mówiła do pracownika:
- Proszę pana, dlaczego te pomidory są takie zimne?
- Bo były w chłodni.
- Ale dlaczego wkładaliście je do chłodni?
- Żeby się je lepiej przechowywało.
- Ale...- i tu zaczyna się monolog owej pani, krytykujący wszystko i wszystkich, a już pomidory z chłodni w szczególności.

Wchodzę do środka. Przede mną wspomniana kolejka. Klientka przy kasie długo wybiera drogie dość owoce (nektarynki, banany itp.). Płaci wreszcie, komentując usłyszaną kwotę (ponad trzydzieści złotych) :ja tyle na mięso, co u was nie wydaję (cytat dosłowny). Zbiera się do wyjścia, kiedy do środka wchodzi jakaś kobieta:
-Sąsiadko! Kupcie mi jeszcze pół kilo białej fasolki
- Eee, no dobrze. Pani nakłada.
Pani nakłada i mówi kwotę, kiedy nabywczyni fasolki orientuje się, że po prostu wcięła się w kolejkę (która, notabene, przestała się już mieścić w budce, czyli jakieś 8-10 osób)
- Ojejku, bardzo państwa przepraszam, ja myślałam że jeszcze nie zapłaciłaś (to do pani od owoców). To wygląda jakbym bez kolejki kupowała, ojej, przepraszam państwa..- i tak jeszcze dobrą chwilę, w międzyczasie wymieniając uwagi z sąsiadką. A kolejka stoi i ćwiczy cierpliwość... Aha, pani od owoców bardzo długo zastanawiała się i wypytywała sprzedawczynie: dlaczego te maliny są takie ciemne?

Ech, no właśnie- emeryci. Kiedy mieszkałam w Sosnowcu, przebywałam z ludźmi w moim wieku, a w okolicy mojego mieszkania przeważali ludzie pracujący z dziećmi w wieku szkolnym. We Wrocławiu od razu dostrzegłam tę różnicę- kiedy w każdym miejscu "publicznym"- mam na myśli sklepy, przychodnie itp.- widzę mnóstwo osób starszych, często narzekających jak powyżej, tracę energię do życia. Zaczynam się czuć tak, jakbym miała te 60+, a nie 20 lat.

Nie chcę tutaj kwestionować mądrości i innych walorów, które płyną z przebywania z osobami starszymi. Jestem o tyle szczęśliwa, że wciąż posiadam dziadków z obu stron i babcię. Staram się to doceniać (chociaż nie łatwo mi to przychodzi). Jednak wolałabym, żeby średnia wieku na moim osiedlu była nieco niższa...

Niewykluczone też, że zmienię zdanie, kiedy zacznie się rok akademicki i powroty na moje emeryckie osiedle będą dla mnie wielką przyjemnością, po całym dniu spędzonym w hałasie i pędzie.

***

Powyższe historie, w kontekście Jaśka Meli dają mi do myślenia. No i kontrastują ;)