Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Czasami

Czasami mam wrażenie, że moje życie to jeden wielki kołowrotek- ledwo zorientuję się, że jestem na szczycie, już ląduję głową w dół.
Czasami czuję się bardzo samotna. Czasami aż nad wyraz rozchwytywana. Bez złotego środka.

Nigdy nie wiem, co przyniesie jutro. Dziś- kłótnia z mamą aż nazbyt mocno zaważyła na moim funkcjonowaniu. Może ja jestem przewrażliwiona, a może naprawdę sposób przekazywania komunikatu ma kolosalne znaczenie w relacjach międzyludzkich.

W czwartek pierwszy egzamin. Kolejne 28 i 30 stycznia. Byle przeżyć.

wtorek, 9 grudnia 2014

Czas czasowi nierówny

Ostatnie dni mijają mi dość niejednorodnie. Zazwyczaj upływ czasu odczuwałam w podobny sposób, zarówno na uczelni, jak i w pracy. Teraz praca ciągnie się niemiłosiernie, a ćwiczenia są krótkie (nawet, jeśli trwają cztery godziny zegarowe). Wykłady są nieco dłuższe, ale jeszcze do wytrzymania.
Dziś mam wolne od uczelni. Wolne, czyli bez zajęć, na które musiałabym jechać. Zawsze jest się czego uczyć. A jak nie uczyć, to robić sprawozdania trzeba. Dzisiaj jestem na nogach od 5:50, po roratach i niezbyt dobrze przespanej nocy. I jakoś wyrobiłam się z planami na dziś. Taką mam przynajmniej nadzieję- to się okaże jutro i w czwartek. I dziś właśnie sobie pomyślałam, jakie to zdumiewające, że w ciągu doby można tyle robić. No właśnie. Dzisiaj "robić", a przez większość jesienno- zimowego czasu "nie-robić".
Na pewno pogoda ma na mnie duży wpływ- dziś we Wrocławiu prawie cały dzień, choć krótki przecież, świeciło słońce. A poranne ciemności zaskoczyły mnie przepięknie oszronionym krajobrazem osiedlowym. Od razu się człowiekowi milej żyje...

Grudzień to dla mnie naprawdę magiczny czas...
źródło

niedziela, 23 listopada 2014

Przemyślenia świeżo upieczonej obywatelki

Świeżo, bo te pamiętne wybory były pierwszymi, w jakich uczestniczyłam. I, ku swojemu zdziwieniu, poszłam na nie bez przekonania, poczucia misji czy jakiejkolwiek odświętności (istnieje takie słowo?).
Nie lubię tematów politycznych, dlatego ten post nie będzie do końca polityczny. Bardziej społeczny.

Kiedy chodziłam do podstawówki i często towarzyszyłam dziadkom w oglądaniu dziennika telewizyjnego, wydawało mi się, że co jak co, ale ci "politycy" i "rządzący" to muszą być wykształceni i mądrzy ludzie. (użyłam cudzysłowia-  wtedy nie do końca rozumiałam znaczenia tych określeń). Kierujący się dobrem kraju. Pan Kwaśniewski, Oleksy, Miller- do dziś mam o nich odrobinę lepsze mniemanie niż o pozostałych bohaterach polskiej sceny politycznej.
Kiedy szłam na wybory, jako osoba nieposiadająca prawa wyborczego, uważałam, że to wielkie święto, że Polacy idą głosować, że trzeba wrzucać swój głos do urny.

W gimnazjum zmieniłam nieco swoje podejście do polityków. Słuchając różnych audycji radiowych z ich udziałem i konfrontując to z wiedzą przekazywaną na przedmiocie Wiedza o Społeczeństwie doszłam do wniosku, że polityka to jednak taka dobra i prawa rzecz nie jest. Kabaretowe dialogi z audycji były zabawne, jednak mi nie o taką zabawę chodziło. Zapewne jak większości Polaków.

Jak już wspomniałam na początku, tegoroczne wybory wspominam zupełnie beznamiętnie. Aż zaczynam się zastanawiać, czy mogę siebie rozpatrywać w kategoriach patriotki- jak można tak bez emocji iść na wybory i głosować, nie do końca znając niektórych kandydatów? Wydaje mi się, że pójście na wybory jest pewnego rodzaju przejawem patriotyzmu. Tylko, wybierając kandydatów spostrzegłam, że nie obchodzą mnie wyniki wyborów. Zapewne dopiero, gdy coś zacznie się sypać na moim podwórku, pomyślę nieco więcej o polityce. Czy tak powinno wyglądać podejście statystycznego Polaka do tych spraw?

A to, co zadziało się podczas tego głosowania, pozostawiam bez komentarza.

wtorek, 18 listopada 2014

Czasami

Czasami jedno, niezbyt długie spotkanie (jak na czas niewidzenia się) może bardzo mocno ubarwić spojrzenie na świat.

Czasem jedna myśl, mimochodem usłyszana na przydługawym (choć nawet porywającym) kazaniu, potrafi wskazać drogę, alternatywę dla ciągłej stagnacji i narzekania.


Trochę górnolotne wyszły mi te zdania, ale naprawdę ostatnio czegoś takiego się uczę. Życie życiem, zawsze jakaś kłoda pod nogami się trafi. Ostatnio trzy razy pisałam kolokwium, żeby dopiero za tym ostatnim z łaską otrzymać 3. Ale zdałam, co nie wszystkim się udało. A za każdym razem pisałam wszystko zgodnie z książką. Na jedno kolokwium uczyłam się nie z tego, co trzeba, ale na szczęście zdałam- i to jest najważniejsze.

Brakuje mi słońca. Ale cieszę się z tych mglistych, tajemniczych, trochę nostalgicznych poranków. Chłodu może jeszcze dużego nie ma (bo Dolny Śląsk jest prawie najcieplejszym miejscem w Polsce). Nie obraziłabym się jednak, gdyby temperatura spadła o kilka stopni. Nawiasem mówiąc- nie pamiętam kiedy ostatni raz zdarzyło się, żebym jeszcze około 5-6 listopada jeździła na rowerze, i to w kamizelce, a nie poubierana jak na zimę.

Jest tyle małych rzeczy, którymi można /trzeba warto się cieszyć...

wtorek, 11 listopada 2014

Jesienne zdjęcia i refleksje

Od planowania do realizacji jeszcze długa droga przede mną. Właśnie wróciłam z pięknego miejsca niedaleko Leszna. Spałam sobie w osiemnastowiecznym dworku, chodziłam po lesie i parku... Chętnie zostałabym tam jeszcze kilka dni, ale niestety- studia wzywają.

Kiedy oglądałam pochód konny przez kilka wsi- ludzie poprzebierani za Piłsudskich, Pendereckich i inne ważne postaci- naszło mnie jakieś wzruszenie. Tym ludziom CHCIAŁO SIĘ zrobić coś takiego, nikt im nie kazał. To nie była ich praca, urząd, interesy polityczne itp. Dobrze się przy tym bawili, nikt ich do tego nie zmuszał.W dzisiejszych czasach jest to coraz rzadsze... Ludzie z wiosek wychodzili im naprzeciw, machali, cieszyli się... To było piękne. I jest piękne, że ta tradycja będzie kultywowana.

Mile zaskoczył mnie fakt, że pociąg powrotny nie miał w zasadzie ani minuty spóźnienia :). A nasza jesień tegoroczna- to mi dopiero zaskoczenie! Tyle ciepła, tyle kolorów... Poniżej zdjęcia z pierwszego listopada na Ślęży. Dzisiaj barwy są bardzo podobne, a może nawet piękniejsze... Patrzę i patrzę i się nazachwycać nie mogę....

poniedziałek, 29 września 2014

Przyzwyczajenia

Odkąd wróciłam z Tatr, czuję się uspokojona, wyciszona. Pogodzona z tym, co ma nadejść. Zaczęłam nawet lepiej sypiać :) Jednak od kilku dni coraz dotkliwiej czuję brak światła. Powtarzam sobie ciągle: muszę się przyzwyczaić, to kwestia przestawienia. A może lepiej nie zwracać na to uwagi?

Czas przywyknąć do wstawania "za ciemności", przesiadywania najpiękniejszych momentów jesieni w zamkniętych pomieszczeniach, oby niezbyt dusznych. Wracania po zmroku, z duszą na ramieniu, bo każdy cień to potencjalny wróg, obcy, który chce zrobić krzywdę. 

Ale jest też coś, co w tym wszystkim lubię: wracam do rutyny. Do stałych, regularnych czynności. Niesamowicie mnie to uspokaja, daje siłę i odwagę, aby żyć i działać. Przyznam szczerze, że podczas wakacji nieco mi tego brakowało. Oczywiście, wyjazdy, różne działania, które podejmowałam w tamtym czasie, były przyjemne i zapewne miały też jakąś swoją głębszą rolę.

Ja jednak lubię ten czas, kiedy już w miarę oswoję się z planem studiów, wdrożę wszystkie zajęcia dodatkowe i spędzę najbliższe tygodnie w podobny sposób. Ten wypracowany rytm daje mi spory komfort.
No właśnie... Komfort. W związku z tymczasowym uspokojeniem, nabraniem dystansu i względnie dobrą sytuacją rodzinną, czuję się komfortowo. I zaczynam się zastanawiać: czy to jest dobre? Czy ja mam w ogóle do tego prawo? A co, jeśli się do tego komfortu przyzwyczaję?

Momentami aż trudno mi uwierzyć, że dokładnie dwa tygodnie temu, z duszą na ramieniu pokonywałam Orlą Perć, cieszyłam się, że wychodzę ze strefy komfortu. Przez pewien czas myślałam też- dałam radę na Orlej, to i tu dam radę. Teraz jednak pamięć o tym dokonaniu trochę mi się zatarła, widzę, że czasem do furii doprowadzają mnie naprawdę błahe sprawy. Oczywiście, jedna Orla nie zapewni mi radykalnych zmian w myśleniu (przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni ;) ). Jednak... zaskoczyło mnie to, jak łatwo mi się przestawić na wygodnicką postawę.

Bardzo nie chciałabym przyzwyczaić się do komfortu.

Czasami jednak, kiedy obserwuję obcych mi ludzi, widzę ich zachowanie, wzburzenie z byle powodu, zastanawiam się: czy nie jestem dla siebie zbyt surowa? Po chwili dochodzę jednak do wniosku, że każdy ma własne wymagania, pod siebie "skrojone". Owszem, jestem ambitna; pewnie gdybym miała tej cechy trochę mniej, byłoby mi łatwiej. Ale chyba tylko pozornie. Taki mam charakter, a jeśli robiłabym coś niezgodnie z charakterem, czułabym się z tym dużo gorzej (nawet, jeśli kosztowałoby mnie to mniej nerwów).

Czytam tak teraz te swoje wypociny i zastanawiam się, czy ktoś to w ogóle zrozumie. Myślę, że jednak je opublikuję. W końcu taka prawda historyczna, jak mawia moja mama ;)

Jeżeli ktoś tutaj czasem zagląda, (Czerwona, pamiętam i dziękuję za odwiedziny ;) ), to życzę mu dobrej, ciepłej (chociaż wewnętrznie) jesieni.